Aaahh, w końcu święta, a przed świętami…porządki. Myjemy, pucujemy nasze gniazdka, okna przecieramy po parę razy, klnąc że u nas ciągle widać smugi, a u sąsiadki nie.

No właśnie, czyścimy u siebie, ale tak samo powinniśmy postępować z naszymi systemami, np. z Lightsheerem. Jest to najlepszy sprzęt, ale sam się nie umyje i po pacjencie nie przetrze. Był taki gabinet, gdzie właściciel miał Lightsheera Desire. System, pomimo, że jest przeznaczony do wożenia, w tamtej lokalizacji był całkowicie stacjonarny, dlatego że z brudu lepił się tak do stolika, że nie można go było ruszyć.

Możemy mieć najlepszy sprzęt, możemy mieć ogromne doświadczenie praktyczne, ale gdy nie będziemy go prawidłowo użytkować i odpowiednio czyścić, to i efekty będziemy mieć marne, o komplikacjach nie wspominając.

Większość czarnej roboty wykonuje za nas osoba, która nam urządzenie wypożycza, dlatego dużo rzeczy mamy z głowy i możemy mieć pewność, że laser jedzie do nas w pełni sprawny. Pracujemy jednak na nim już same i tu parę drobiazgów, które poprawią, że tak się wyrażę relację „operator – laser”.

Na początek tak ogólnie. W instrukcji jest sucha definicja tego, w jakich warunkach temperaturowych laser będzie działał optymalnie. Czytamy to i już nam się chce spać. To na logikę. Lato, 30 stopni, pełne słońce, a ciocia się pyta, czy jej czasem nie skopiemy ogródka. No tak, pewnie, że niby na głupiego trafili.

Tak samo jest w gabinecie. Light sheer wytwarza ciepło, bo pracuje. Jak w pomieszczeniu już jest gorąco, to w pewnej chwili laser odmówi współpracy. Najpierw na krótko, informując nas tylko komunikatem „cooling”, a potem już na poważnie, pokazując nam jakieś „E” z numerkiem, czyli błąd, czyli „coś mnie boli”.

Co poradzić? Jak jest klima, to włączyć, jak nie ma, przewietrzyć, w przerwie otworzyć na przetrzał okna, bądź okna i drzwi. Niech system się schłodzi. Tam w środku jest od groma metalowych części, i jak to wszystko się nagrzeje, to jak kaloryfer, potrzebuje czasu, żeby się schłodzić. Wysoka temperatura też nie jest komfortowa ani dla nas, ani dla pacjenta. My pracując, ociekamy potem, pacjentka też, pół ocieka z gorąca a pół ze strachu.

Bardzo często otrzymujemy telefony „ kurcze , błąd 114 się pojawił, a ja w środku zabiegu”. Przyczyna jest najczęściej nieprawidłowe odłożenie głowicy ET (tej małej z szafirem) . W pośpiechu wkładamy ją do koszyczka/holstra/uchwytu/zapięcia (niepotrzebne skreślić) tak, że spust jest naciśnięty, a powinien znajdować się poza tym koszyczkiem, czy jak to ustrojstwo zwał.

Dlaczego? W skrócie, system głupieje, i potem, jak chcemy naprawdę oddać strzał, to pokazuje nam E114, czyli „teraz to ja nic już nie wiem, co chcecie, ja się wyłączam, a wy róbta co chceta”. Jak już jesteśmy przy małej głowicy, to ona też wymaga czyszczenia. Czym czyścić? Najlepiej czystym spirytusem. Można octaniseptem, skinseptem, bo tym dezynfekujemy, ale potem warto tym alkoholem przemyć. Dlaczego? Bo jest wysokoprocentowy i nie zostawia smug, czyli nie brudzi, czyli nie przeszkadza światłu wnikać do włosa. Czym nie czyścić? Broń Panie Boże od spirytusu salicylowego, czy kamforowego, bo takie pomysły też się zdarzały.

Szafir przecieramy nie tylko dlatego, żeby światło lepiej przechodziło. Jak nie będziemy tego robić, to włosy podczas zabiegu będą się przypalać do szafira i potem będziemy parzyć pacjenta. Teraz czyszczenie, level zaawansowany. Wokół tego okienka szafirowego jest taka ramka metalowa. Na granicy okienka i ramki też może się zbierać bród, więc tam też trzeba czyścić. Można wacikiem i paznokciem, można patyczkiem, tylko DREWNIANYM, żadnych metali, bo porysujemy.

Dużą głowicę, tą z zasysem, traktujemy tak samo, tylko że tam czyścimy wkładkę i do tego nie potrzebujemy jej z głowicy wyjmować. Jak głowica HS zasysa, to ona wciąga mikrokawałki naszego klienta, które osadzają się na ściankach wkładki, i potem, jak światło laserowe przechodzi, to je przypala. Jak przypala, to te miejsca na wkładce robią się ciemne. Jak są ciemne, to nie przepuszczają światła laserowego. Jak nie przepuszczają, to depilacja jest gorsza. Jak depilacja jest gorsza to pacjent niezadowolony. Wkładkę, jak się już wyjmuje, też dobrze trzymać za brzegi i nie przytulać się do niej zanadto, bo zostawimy odciski palców (jakie będę tego efekty, patrz wyżej).

Na spustach obu głowic też nie ma sensu się wyżywać. Jak pacjent jest wkurzający, to dociskanie spustu, aż kostki nam zbieleją, nic nie da (oprócz przykurczu i bólu stawów – naszych, nie pacjenta). Moja babcia uwielbiała wszędzie kłaść serwetki. Meble, stoły, telewizor (wtedy jescze LED nie było), lodówka, wszędzie te cosie leżały. Na skrzynię pod Light sheera też pewnie by coś gustownego położyła, czym ugotowałaby system, dlatego, że on „ciągnie” powietrze dołem, więc taka serwetka przyssałaby się do wiatraka i uniemożliwiła obieg powietrza. Babcia jest już po drugiej stronie tęczy, ale często widać, jak w gabinetach lasery są poobstawiane a to okularami, a to ręcznikiem, a to buteleczkami i pojemnikiem na rękawiczki. Dajmy mu pooddychać i zostawmy trochę miejsca, niech te wiatraki pociągną powietrze, a wtedy laser pociągnie dłużej, a my się wyrobimy z robotą i z kasą.

A tak a propos wyrabiania się z robotą, Wesołych Świąt, owocnego sprzątania i gotowania i odpoczynku, choć na chwilę od charakterystycznego PIK, PIK, PIK, PIIIIK, PIIIIK…